czwartek, 1 kwietnia 2010

Misz - masz

A więc(a więc - dwója bęc, jak mawiała moja wychowawczyni w podstawówce)!

Chłopy wróciły całe i zdrowe - a więcej o wyprawie możecie przeczytać tutaj
Jutro znowu jadą - na szczęście tylko na jeden dzień "obstawiać" drogę krzyżową na Tarnicę w Bieszczadach.


Nie mam zbyt wiele do pokazania, kończyłam szyć zamówieniowe kopertówki w znanych Wam wzorach, uszyłam jedną "wielką toreb" ( kolejne 2 czekają do szycia - na szczęscie już nie szare ;) i JEDNĄ czerwoną :) Dlatego też, żeby nie było że zatrybiłam się w szarościach, pokazuję Wam ją :)



A ponadto:
Nie mogę spać, nie mogę jeść ( to akurat mi nie zaszkodzi;)) i nie mogę się skupić na niczym bo MAM PLAN!
Jak już gdzieś wspominałam, mieszkamy w domu, w którym praktycznie nic nie jest jeszcze "na zero". Mieszkamy na dole, gdzie mamy kuchnię, łazienkę, werandę, pokój Michała i "nasz" pokój - w którym jest wszystko. Nawet nie wiem jak w skrócie napisać o co mi chodzi BO : po pierwsze nasz dom najpierw był przeznaczony do rozbiórki - potem okazało się, że szkoda go rozbierać, bo "nie ma chroboka" jak to u nas mówią ( czyli, że kornik nie zeżarł no i że jest w na tyle dobrym stanie, że po prostu szkoda. Wobec czego był plan na agroturystykę - my w tym czasie mieszkaliśmy w naszym mieszkanku w kamienicy na rynku w mieście i jakoś nie wiadomo dlaczego od razu się nie zainteresowaliśmy "naszym" domem. Tak czy siak po planie agroturystyka ( w domu zostały podniesione stropy - bo sanepid, poszerzone drzwi i zwiększona ich ilośc - bo sanepid itd itd - bo sanepid) był plan, że dom będzie dla moich dziadków, żeby mogli sobie przyjeżdzać i być blisko moich rodziców. Po czym nagle pojawił się NIESAMOWITY plan - "dom będzie dla NAS". Nie namyślając się długo podjęliśmy dezycję o przeprowadzce, co oznaczało gnieżdzenie się z Michałem i moim brzuchem z Krysią w środku, w jednym pokoju z łazienką bez kuchni i w ogóle wszystkiego. Ale tak bardzo chcieliśmy już zamieszkać w "naszym" domu, że wygody zeszły na plan drugi. Z biegiem czasu robiliśmy powoli pomieszczenia na dole, aż do stanu który jest teraz. No i teraz :) Plany na najbliższe miesiące mamy przerażające bo po pierwsze - chcemy podciągnąć gaz - wiadomo, koszty, robota, robotnicy, rury. Postawić schody na górę - już są prawie gotowe, a nawet prawie zapłacone ;), przed zimą ocieplić i oszalować całą chałupę - no i najważniejsze - dobudować ganek! Marzę o nim jak o niczym innym w tym momencie! Przez to że wchodzimy prosto "z pola" do chałupy - mamy brud, smród i zimno - także muszę mieć ten ganek! A skoro będzie ganek, to cały dół będzie można przerobić tak, że będziemy mieć z 30m kwadratowych powierzchni więcej - tylko że to wiąże się z robotą - a jeszcze góra jest nieskończona! Ale na górze z kolei już tak niewiele brakuje - już prawie są wszystkie podłogi i część ścian z płytami, że no też szkoda byłoby teraz tego nie skończyć..A mocy przerobowych brak! Dlatego też być może zdecydujemy się, na wynajęcie "ekipy" - co do tej pory się nie zdarzało, bo wszystko robiliśmy sami. Zobaczymy.. Jutro zrobię zdjęcia poddasza "za jasnośći" i Wam pokażę ile już jest zrobione :))

Edit: znalazłam kalendarz, w którym przez przypadek znalazły się zdjęcia naszej chałupy, jeszcze z czasów, kiedy przyjeżdzaliśmy "na Piekło" tylko na wakacje :)

Z kalendarzem tym, wiąże się zabawna historia - opisana już gdzieś kiedyś zresztą przez mojego tatę - niestety nie jestem w stanie jej namierzyć, więc opiszę po swojemu ;)
Przeprowadzka z Warszawy, na nasze "Piekło", była absolutną ucieczką i oderwaniem się od naszego dotychczasowego życia. Stolica wykończyła nas, nie trzymało nas tam nic. Nie chcieliśy tam już nigdy wracać, a każda wycieczka na pólnoc od "Piekła" była czymś niechcianym.
Jednak któregoś dnia - a było to na samym początku naszej bytności tutaj, kiedy to jeszcze wiele spraw urzędowych ciągnęło się za nami aż do znienawidzonego miasta - tata odebrał z poczty pismo. Z urzędu skarbowego! Sama koperta wyglądała groźnie, a prośba o stawienie się w pokoju nr 8, dnia tego i tego, w urzędzie w Warszawie brzmiała jak wyrok. Wiadomo - urząd skarbowy po nagrody raczej nie zaprasza.
Tata musiał jechać. Była to pora roztopów - grząskiego, ciężkiego śniegu, a pokonanie drogi do wsi graniczyło z cudem i było możliwe tylko po całonocnym kopaniu i przebijaniu się Gazikiem, przez zwały białej masy. Tata wstał bardzo wcześnie - koło 2 był już we wsi. Ubrany jak na wojnę, w gumofilcach, upaprany błotem dojechał do urządu około godziny 8 - żeby jak najszybciej sprawę załatwić, i z powrotem wrócić do normalnego świata. Po wejściu do urzędu nie bardzo wiedział w którą stronę ma iśc, żeby dotrzeć do pokoju nr8. Jednak jego wzrok przykuł wiszący na drzwiach kalendarz. Właśnie ten ze zdjęcia. Nie uwierzycie - ale wisiał na drzwiach do pokoju nr8!!
Ojciec złapał za klamkę i pochylony wpatrywał się w swój dom nie wiedząc, czy już mu całkiem odbiło, że w urzędzie skarbowym w Warszawie widzi zdjęcie "swojego miejca na ziemi"??
Stał tak oparty o klamkę - a z pokoju chciał ktoś wyjść. Po krótkiej szarpaninie - ojciec trzymał, a baba ciągnęła - wyłoniła się z pokoju nr 8 urządniczka i ze srogą miną spytała " Co Pan robi??" A mój ojciec patrząc to na nią, to na kalendarz - wskazał na zdjęcie( co mogło być odebrane jako wskazanie na drzwi do pokoju nr 8) i wyjąkał :"Bo ja, tututaj miemieszkam!". Na co Pani odpowiedziała " Yhm,oczywiście"

Sprawę ojciec załatwił szybko - okazało się, że to nic groźnego było. A kalendarz okazał się dziełem znajomego, który był u nas kiedyś na Święta i popstrykał trochę zdjęć :)

Taki Świat mały :))

Pozdrowienia!
Zu

A na dziś jeszcze trochę zdjęć naszego porzuconego mieszkanka na Rynku - w którym spędziliśmy również wiele cudownych i szczęsliwych chwil :)




wtorek, 23 marca 2010

Jakie te chłopy durne, czyli trzymajcie kciuki!

Drodzy moi!
Jakoś nie mam weny ostatnio do pisania, domyślam się, że to najzwyklejsze "zmulenie" spowodowane małą ilością snu, przebytą grypą żołądkową w dniach ostatnich i mnóstwem zajęć różnorakich ( podśpiewuję sobie piosenkę z zabawki Krysi "robisz robisz, wciąż coś robisz mnóstwo zajęć masz" ;)) bo to chyba o mnie ;) ).
W każdym razie przyszła do nas wiosna, dziś było gorąco, prawie upalnie, Krysieńka pierwszy raz w życiu grzebała paluchem w trawie i błocie, po igloo chłopaków została smutna plama, a w moim umyśle znowu pojawiła się ta nieznośna, nawracająca myśl: sprzątać, sprzątać, zmieniać, przestawiać, malować, naprawiać, myć, szorować, burzyć, sadzić, siać!
Niestety wiosenne porządki będę mogła zacząć dopiero jak szanowny małżonek wróci z "wyrypy". A co to takiego - proszę przeczytajcie :)
Wpis z jego bloga, sprzed kilku dni :)

"Śladami Zaruskiego
Rok temu wymyśliliśmy, że spróbujemy powtórzyć to, co zrobił Mariusz Zaruski (twórca i pierwszy naczelnik TOPRu)z Józefem Borkowskim w kwietniu 1907 roku. Przeszli na nartach z Zakopanego przez Dolinę Gąsienicową na przełęcz Zawrat, skąd zjechali do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Tam zanocowali w pierwszym prymitywnym schronie - zamkniętym wówczas, ze względu na wielkie śniegi. Następnego dnia weszli na Kozi Wierch, skąd zjechali i przeszli przez Świstówkę Roztocką do Morskiego Oka. Schronisko było zamknięte więc zanocowali w budce dróżnika w Roztoce. Trzeci dzień to powrót do Zakopanego przez szczyt Gęsiej Szyi. Ta wyprawa zapisała się w historii polskiego narciarstwa jako pierwsze wysokogórskie przejście Tatr zrobione przy użyciu nart. Obecnie tura ta nie jest niczym nadzwyczajnym dla wprawnego skialpinisty dysponującego współczesnym sprzętem. Zjazd z Zawratu ma w najstromszym miejscu 33 stopnie pochyłości, zaś Kozi Wierch 35. Dla porównania Kasprowy, to najwyżej 32 stopnie. Tak więc za kilka dni ruszamy śladami Zaruskiego na na naszych starych nartach i w ubraniach podobnych do tych, którymi dysponowali narciarze 100 lat temu. Czy chociaż trochę poczujemy to, co oni przeżywali? Czy przyzwyczajeni do membranowych ubrań i doskonałych technologicznie nart nadrobimy samym sobą braki? Przez ostatni rok przygotowywaliśmy się jeżdżąc na drewniakach kiedy się tylko dało (dzisiaj też), a co najważniejsze oswajaliśmy się psychicznie z zadaniem, którego się podjęliśmy. Wiele zależy od warunków jakie zastaniemy w górach. Jednego dnia pokonanie pewnej trasy może być przyjemną , leniwą wycieczką, a innym razem może okazać się niewyobrażalnie trudnym zadaniem. Tak bywa w wysokich górach, które pomimo, że milczą, to i tak mają najwięcej do powiedzenia. "


Mam nadzieję, że już wiecie skąd tytuł posta :)
Jak patrzyłam na mojego męża jak pakuje się z pumpkami, kaszkietem, wełnianymi skarpetami, dwumetrowymi nartami, bambusowymi kijami i drewnianym czekanem, to właśnie tak sobie myślałam :) Jakie te chłopy durne!
W związku z powyższym, proszę o połączenie się ze mną w bólu ;) i trzymanie kciuków! Mam nadzieję, że wyprawa przebiegnie zgodnie z planem, i że Zaruski się w grobie nie przewróci!

I korzystając z okazji muszę napisać, że kocham tego mojego narciarza nad życie! Nie spodziewałam się, że można TAK kochać. Z każdym dniem coraz bardziej, chociaż codziennie wydaje mi się, że już bardziej się nie da!

Mój mąż Bartek - w niebieskim kasku z prawej :) Jestem z niego dumna!

Pozdrawiam i dziękuję za poświęconą chwilę :)
Zu

Ps. A żeby nie było, że o szyciu ni słowa, to proszę, uszyłam ostatnio SZARĄ kopertówkę ;) A nawet z 10szarych kopertówek ;)
Ale już wychodzę na prostą i już niedługo przyjdzie NOWE ;)

sobota, 13 marca 2010

Ożywczy powiew :)




Co za częstotliwość :) To już drugi post przeciągu dwóch dni:)
Uszyłam kopertówkę i kapciochy na blogowe zamówienie Pani Ani - no i pokazuję:)
Cieszę się, że mogłam troszkę odpocząć od szarych i brązowych kopertówek ;)
Lubię szyć te same wzory, ale z innych materiałów. Szczerze mówiąc szycie identycznych rzeczy po kilka sztuk nudzi mnie niemiłosiernie ;)
Kopertówka czarna, z wybraną przez panią Anię podszewką :






Kapciochy granatowe z wiosennym wnętrzem:
(nie wiem jak Wam, ale mi się bardzo podobają :))









Dziś zajrzałam na www.zpotrzebypiekna.pl i padłam z zachwytu. Ja nie wiem, jak to zrobić, żeby mieć tak pięknie w domu? Ja mam taką potrzebę bytu w estetycznej, pięknej przestrzeni! Staram się, ale nie potrafię zrobić tak, żeby mój dom był idealny :( Pocieszam się, że na chwilę obecną tak naprawdę nic nie jest docelowe, bo jesteśmy w trakcie "robienia" góry, i jak góra już będzie się nadawać do użytku, to się wszystko zmieni.. ale! Kuchnia niby już jest docelowa, a nie spełnia moich wymagań w 100 procentach :( łazienka to samo.. No nic, jak już wszystko będzie na zero w domu zrobione, to będę się zastanawiać ;) Ale chciałabym mieć tak pięknie w domu!

I jeszcze kilka słów, które mi klekotały po głowie ;) musiałam je wypuścić ;)

Codziennie staram się, żeby nie tracić czasu, żeby każdego dnia być choć ciutkę lepszym człowiekiem. I jak widzę na przykład stertę naczyń w zlewie, to myślę sobie najpierw : e tam, poczekam, Bartek pozmywa może ;) a zaraz potem myślę: A, pozmywam, Bartek się ucieszy ;)))
Lubię jak w domu jest sałatka i ciasto :) Lubię, bo nie trzeba kombinować tylko robi SE człowiek herbate, wyciąga sałatkę i już :) Pycha :)
Tak samo z ciastem. Robię kawę, wyciągam ciasto i jestem szczęśliwa, że to ciasto jest :)
W związku z powyższym upiekłam wczoraj szarlotkę, i zrobiłam sałatkę ;)
Dziś ugotowaliśmy wspólnie z małżonkiem ogórkową na wędzonych żeberkach, a dzieci "same" zrobiły sobie pizzę :) ( syn i mój brat ;) - już kiedyś wspominałam,że są w tym samym wieku :)).
La charlotka:

LA sałatka( moja ulubiona ostatnimi czasy):

I chłopaki ze swoją własnoręczną pizzą :

Słuchajcie, u nas ciągle sypie! I to jak! Świata nie widać. A przed chwilą przeszła burza śnieżna! Z piorunami i grzmotami! Normalnie szok :) Stuprocentowa ZIMA!!



Pozdrawiam i dziekuję za wszystkie komentarze, które nie ukrywam, czyta się potwornie miło!

Zu

piątek, 12 marca 2010

Zarobiona - zaszyta, ale jestem!

Jestem :)

Od powrotu z urlopu minęło ładnych parę dni, a ja dopiero teraz znalazłam chwilę, żeby się odezwać.
I to tak na szybko, żebyście nie myśleli, że zostałam tam gdzieś pod lawiną czy coś.
Po powrocie, jak to po powrocie. Sterta do prania wyłażąca z łazienki.
Niestety Krysia nam się tez trochę rozłożyła, więc od razu po powrocie ściągneliśmy lekarza, ale na szczęscie obeszło się bez antybiotyku, chociaż Krysia wydawała z siebie takie dźwięki, jak niemogący odpalić mały fiat.
A jak już przestała kaszleć, to zaczęła robić zielone kupy z częstotliwością o wiele za dużą. W tym czasie Bartek pojechał SE na szkolenie lawinowe twierdząc, że musi bo to może mu uratować życie, no i wobec takiego argumentu siedziałam cicho.
A jak w końcu Bartek wrócił, to do mnie się przypałętało moje nawracające zapalenie stawu skroniowo-żuchwowego, więc mam obolałe bół głowy i w związku z tym za godzinę wyruszam do lekarza po pomoc.
A żeby tego było mało, wczoraj odebrałam telefon i usłyszałam przerażony głos pani świetliczanki "Pani Zuziu, nie chcę, żeby się Pani zdenerwowała ale..." Ale moje starsze dziecko zostało popchnięte i ma rozciętą brodę. Bartek akurat był w mieście, więc zwinął Michała i pojechali prosto do szpitala, gdzie rana została zaszyta. Moje dziecko to prawdziwy facet :) Ze szramą na brodzie ;)
Pytał się mnie tylko już ze dwa razy, czy będzie mu w tym miejscu rosła broda, bo on chce żeby mu rosła ;)
A, no i zapomniałabym, że od wczoraj mój małżonek szanowny znowu odmówił współpracy - gorączka, dreszcze, bóle mięśni - więc LEŻY. Tylko mu donoszę theraflu i butelkę w nogi z gorącą wodą ;)

W ciągu tych kilku dni szyłam wiele rzeczy "zamówieniowych", w większości takich, które już pokazywałam. Sama się dziwie czasem, że tylu ludziom podobają się moje rzeczy i chcą je mieć. Strasznie fajnie, że tak jest :)
Pokażę zatem tylko to, czego jeszcze nie było - przynajmniej jeśli chodzi o materiały!
A już niedługo, jak się obrobię z zaległym szyciem do końca, wystartuję z kolekcją wiosenną:) HA! Już się nie mogę doczekać, mam kilka nowych fajnych materiałów i kusi mnie żeby zacząć już, a wiem, że muszę skończyć to co obiecałam ;)








Aha!
Dziękuję za wyróżnienia, no normalnie chyba się nadnę ;) jak balon:))Z dumy!
Niestety na chwilę obecną naprawdę nie ogarnę, żeby je przyjąc, podziękować i jeszcze przekazać dalej.
Dziękuję bardzo bardzo i naprawdę przepraszam, że taka jestem niezorganizowana, no ale nie nadążam:)

A! I jeszcze jedno fajne coś ;)
Krysia w alpach skończyła roczek!!
Taką mamy dużą dziewczynkę!!

Pozdrawiam Was gorrrąco - bo u nas ciągle zima, i to konkretna :) ( i fajnie hie hie, jeszcze na nartach jeździmy :))) )

ZU

poniedziałek, 22 lutego 2010

Urlop :)

Pozdrawiam serdecznie z wyjazdu, na który wybraliśmy się ( a jakże! ) na narty ;)
W związku z przygotowaniami, jeszcze bardziej nie miałam czasu niż zwykle, wobec czego proszę o wyrozumiałość wszystkich czekających na odpowiedzi.
Przyjechaliśmy w sobotę, po całonocnej podróży. Krystyna zniosła ją świetnie, jazdę na nartach zresztą również - a baliśmy się jak to będzie. Okazało się jednak, że to z Michałem gorzej się gdzies wybrać, jak zwykle "nie ogarnia" rzeczywistości. A to zakłada rękawiczki w momencie, kiedy jest jeszcze w piżamie, a to zapomni zapiąć buty i ledwo jedzie w rozpiętych, albo zostawia kask w restauracji i orientuje się tuż przed odjazdem wagonika kolejki..
Takze po urlopie trzeba będzie jeszcze parę dni odpocząc ;) coś czuję :)
Ja mam zakwasy na łydach ;) - ostatnio sezon "przepadł" mi, bo rodziłam Krysię, także czuję jaka jestem nieprzygotowana. Nawet mam siniaka od tachania nart na ramieniu :)
No to pozdrawiam Was po alpejsku i idę zmieniać pieluchę :) bo Michał krzyczy, że Krysia śmierdzi kupą w niebogłosy.

Zu




sobota, 13 lutego 2010

Urodziny, stare narty, torba do wózka :)

Powitać, powitać!!
Krysia właśnie padła sama w łóżeczku, więc piszę.
Czasu brakuje mi na wszystko. Nie wiem jak inni sobie radzą, skoro ja nie chodząc codziennie do pracy, posiadając tylko dwójkę, a nie na przykład 6 dzieci, nie ogarniam. A wydaje mi się, że jestem dość wydajna ;) i raczej nie leniwa. Kładę się spać o 1- 2 w nocy, wstaję o 7 -8..nie wiem, z czego tu zrezygnować?? Z porządku? Z jedzenia? Z szycia???
A wiecie, że są ludzie, którzy się NUDZĄ?? Nie mają CO ROBIĆ?? Znam takich, serio! Nie wiem jak to możliwe. Ja w każdym razie nie mam czasu załadować ;)
A myśli po głowie tyle i pomysłów tyle chodzi!!
Z racji tego, że dziś są mooojee urooodzinyyy ;) zadzwoniła do mnie przyjaciółka ( ściskam Cię kochana moja Magdo :) ), życzyła szczęścia, miłości, spełnienia, po czym zreflektowała się, że tak właściwie to nie wie, czego mi może życzyć - bo przecież mam "wszystko na fulla". I rzeczywiście. W wieku 27 ( HA!) lat Bóg dał mi wszystko o czym marzyłam. A jeśli nie dał i czegoś o czym marzyłam, to może i całe szczęscie - bo czasem trzeba uważać o czym się marzy!
W swoim życiu zdążyłam jednak "swoje przejść" i może dzięki temu tak bardzo doceniam to, co mam teraz. Miejsce w którym mieszkam, ludzi których kocham.
Nie zawsze było fajnie. Starszego syna wychowywałam właściwie sama, w jednym pokoju w Warszawie, studiując, pracując i walcząc o każdy kolejny dzień. Z daleka od przyjaciół, rodziców, DOMU. Z ogromnymi problemami osobistymi..

Teraz mam wszystko. Codziennie dziękuję Bogu. Jak podciągam rano rolety na werandzie i widzę sarny wyjadające kukurydzę z NASZEGO pola, jak jadę na pocztę i na wprost widzę pasmo Bukowicy, po prawej wyciąg w Chyrowej, a jeszcze bardziej po prawej,. przy dobrej widoczności, nawet Tatry. Jak wchodzę na pocztę i odbieram paczki nie pokazując dowodu, a Pani z okienka woła do Pana Mietka Listonosza " Mietek, jest coś na górę"?? I jak wysyłam męża do sklepu po wafelki - i nie wie jakie kupić, a Pani Sprzedawczyni mówi, że " żona ostatnio kupowała TE" ( a było to miesiąc wcześniej).
I jak zimą ktoś idzie drogą, i wszyscy zbieramy się przy oknie bo "KTOŚ IDZIE", a nie zdarza się to często. I jak wieczorem przychodzą do nas rodzice, siedzimy, gadamy, jemy ( niestety;)) i Bartek nalewa tacie agrestówkę, a mama mówi, no wreszcie, nalej ojcu bo nigdy nie wyjdzie!
Jestem najszczęśliwszą osobą na Świecie, wiecie? W dzień swoich 27 urodzin, proszę Ciebie Boże, żeby było tak jak jest, nic więcej nie chcę, niczego więcej nie potrzebuję! Mam wszystko!





Po wstępie urodzinowym, pokazuję, czemu siedziałam ostatnio do 2 w nocy :)
Uszyłam sobie torbę " do wózka", chciałam, żeby była w miarę ciemna ( nie widać brudu ;)) i w miarę nieprzemakalna. W trakcie szycia okazało się, że mam mniej materiału niż myślałam, musiałam zrezygnować z kieszeni, nie szło mi to szycie w ogóle, byłam już padnięta i psychicznie i fizycznie - prułam 100razy, ale chciałam skończyć - i JEST. Znowu krzywo i brzydko bo dla siebie ;) Ale mieści mi się pod wózkiem, no i w srodku materiał jest nieprzemakalny, także może w miarę praktyczny.



Uszyłam też dwa portfele - kolekcja "wiosna 2010" ;)




a także kapciochy na zamówienie w czerwono białą kratkę ( takich jeszcze nie było ;))




Zaraz biorę się za sałatkę i zapiekankę, ferie warszawskie za nami, nasi goście - obozowe dzieci wyjechały, czas usiąść spokojnie i poświętować :)
Gra mi dziś Tola Mankiewiczówna, Hanka Ordonówna, Eugeniusz Bodo.. :)
A wiecie czemu? Bo szykujemy się na JUTRO :)A wiecie co jest jutro? Dzień Drewnianej Narty :) Na stoku Kiczera w Puławach Górnych :)
Zamieszczam zdjęcia mojego ukochanego, wczoraj robił za "reklamę" tej imprezy ;)którą zresztą sam - wespół z moim tatą, organizuje ;)


Bawi mnie to bardzo :) taki powrót do przeszłości. Ta muzyka, te stroje, te NARTY:) Zabić się można!
Mieszkam w stuletnim domu, gram na stuletnim fortepianie, jeżdzę prawie stuletnim motocyklem ;), mamy prawie stuletni ;) samochód, stuletnie narty, a nawet do niedawna miałam stuletnią prababcię :) ( zmarła w zeszłe lato, w wieku 102lat!).
Jednocześnie korzystam z internetu, mam pralkę, telefon i nawet czasem "modne" ubrania :)
Udało nam się chyba połączyć te dwa światy, w najlepszej konfiguracji :)



A teraz odpowiadam na pytania ;)
Po pierwsze sprawdziłam wiadomości - śmieci, i znalazłam mnóstwo maili, nie zauważonych wcześniej! Odpiszę jak tylko znajdę chwilę, obiecuję.

Po drugie, śmiałam się jak pisałyście w komentarzach że Wasz dzień wygląda podobnie :) pocieszające ;)Nie wiem co bym robiła, gdybym nie miała tej dwójki czupurów ;)

Entliczku - preparat wyszukałam na ebayu, wpisując soles liquid :) Jak będe mieć chwilę, do podeślę Ci mailem linki.

DZiękuję za wszystkie wyróżnienia - również jak znajdę chwilę, to rozdysponuję ;)

Mamo Dorotki!!
Jak ten świat - a własciwie internet mały :) Doskonale pamiętam Dorotkę - a najbardziej w pamięci została mi jej pierwsza noc spędzona u nas. Bidulka była chora, nie mogła spać, a za oknem szalała POTWORNA burza! Po takiej inauguracji myślałam, że już jej nigdy nie zobaczymy ;))
Pozdrowienia od nas i od rodziców!!

Asiu, Wojtku!
Zapraszam serdecznie! Trzymam za słowo!!


Pozdrawiam serdecznie Was wszystkich, nucąc "Baby! Ach te baby!"

Zu

poniedziałek, 8 lutego 2010

Trochę szycia, trochę życia :)

W ostatnich dniach nie miałam zbyt dużo czasu na maszynę, ponieważ zaczęły się ferie warszawskie, co oznacza, że mój małżonek ma pełne ręce roboty, a to z kolei oznacza, że ja siedzę sama z dziećmi od świtu do nocy. Z dwójki moich dzieci jedno jest ząbkujące, a drugie ma stosunek olewczy do wszystkiego co związane z nauką i porządkiem w pokoju.

W ogóle mam wrażenie, że te ostatnie kilka dni to nie dość, że dzień świstaka, to na dodatek dzień świra.
Mąż wstaje najwcześniej, zapala w piecu, je śniadanie, wychodzi odśnieżać, skrobać szyby itd.
Wstaję ja, przewijam,ubieram Kryskę i wkładam do krzesełka w kuchni. Zaczyna się wrzask.
Nastawiam wodę, idę budzić Michała. Robię mu herbatę i kanapki do szkoły. Znowu idę budzić Michała. Sprawdzam czy ma spakowany plecak. Nie ma. Pakuję. Budzę Michała.
Wstał. Idę do Kryski, która już prawie wyskoczyła z wsciekłości z krzesełka.
Daję jej mleko. Idę zobaczyć w jakim stanie jest Michał. Michał ma założoną jedną nogawkę od kalesonów, zapomniał o majtkach i czyta książkę. 10 min do wyjścia. Wrzeszczę, że ma iść jeść. On wrzeszczy że nie będzie jadł, więc ja wrzeszczę, że w takim razie ma się iśc myć. Michał idzie do łazienki, ja zajmuję się Kryską. Idę zobaczyć czy Michał się myje. Michał nałożył pastę na szczoteczkę i układa figurki z filmu Alvin i Wiewiórki na parapecie. Wrzeszczę. Michał nie przyspiesza ani trochę.
Idzie się ubrać. Kurtka, czapka, szalik. Wychodzi. Patrzę przez okno, idzie w kapciach. Wraca, zmienia kapcie na buty.
Wychodzi. Samochód odjeżdża...ufffffffff.
Chwila na kawę.
Zaczynam sprzątać. Pokój Michała zamykam, żeby nie drażnił mych oczu.
Wyciągam odkurzacz. Krysce się nie podoba. Sadzam ją na podłodze. Przeciągam krzesełko na środek kuchni, żeby zastawić szuflady, żeby nie otwierała ( takie mamy szuflady, że zabezpieczenia nie działają). Zaczynam odkurzać. Okruchy z fotelika, podłogi. Pająki ze ścian i sufitu. Łazienka, przedpokój, udało się.
Nalewam wody do wiadra z mopem. Kryska skubie wrzosy. Zabieram ją od wrzosów. RYK. Sadzam ją do krzesełka i daję chrupka. Włączam odkurzacz i wciągam leżące na podłodze kawałki wrzosów. Chowam odkurzacz, biorę mopa. Najpierw weranda, żeby wyschło. Wyjmuję Kryskę z krzesełka. Włączam odkurzacz, z Kryską pod pachą odkurzam okruchy z krzesełka. Weranda wyschła. Wkładam Kryśkę na werandę, idę myć podłogi. W łazience nastawiam pranie. Zanim nastawiam, wyciągam z kieszeni spodni Michała, papierek po batonie, 2zł, baterię, kamyk, naklejkę, chusteczkę.
Podłogi wyschnięte. Idę pościelić łóżko. Kryska zaczyna się denerwować. Biorę Kryskę,idę z nią na werandę, chcę ją posadzić na podłodze - nie chce. Chce, żeby jej zdjąć skrzypce które wiszą na ścianie. Zdejumuję, Kryska "gra". Odkładam skrzypce.
Widzę,że Kryska śpiąca, idę ją położyć. Kryska zasypia, po 10 min sesji wyrywania się i wstawania z zamkniętymi oczami.

Pół godziny dla siebie.

Robię sobie śniadanie. W trakcie ubieram się, sprzątam w łazience. Jeszcze tylko zrobić herbatkę. Uff.. siadam sobie do śniadania z gazetką ( jest południe), pierwszy kęs.... iiii jęk. Obudziła się. Rozbudzona nie chce ani siedzieć, ani się bawić. Tylko na rękach.
Wyprało się pranie. Ale żeby powiesić, najpierw muszę ściągnąć suche z suszarki i poskładać. Zmywarka pika, trzeba rozładować.

NIE, nie, nie. Koniec. Nie opowiadam dalej :) Samo pisanie mnie zmęczyło!
W każdym razie, od świtu do nocy latam jak nakręcona, żeby było czysto, żeby dzieci nie jęczały i w ogóle, żeby mieć czyste sumienie, i z tym czystym sumieniem móc usiąść do maszyny. Niestety zazwyczaj jak już wreszcie mąż wróci i mógłby przejąć Kryskę, to już jest tak późno, że Kryśka zasypia, a zaczyna się polka z Michałem. Bo nie chce myć zębów, bo nie chce iść spać, bo nie chce się pakować,bo nie chce grać na trąbce ;)i jak już w końcu i jego uda się spacyfikować, to mam ochotę tylko na wyro ;)

Dlatego też, w związku w powyższym ;) uszyłam tylko pościel dla Małej i sukienkę. Tzn w sumie jeszcze uszyłam parę innych rzeczy "zamówieniowych" - ale takich samych, jak już pokazywałam, więc nie pokazuję ;)


A tak dla rozluźnienia, bo niezbyt rozluźniającym wstępie, chciałam tylko podzielić się takim moim osobistym paradoksem. Pomimo tego, że mieszkamy na "zadupiu" tak zwanym, i że nie da się do nas dojechać "normalnym" samochodem ( a nie, przepraszam, w zeszłym tygodniu kolega dojechał - ale 2 km jechał na wstecznym ;)), w sumie prawie 2 km wcześniej trzeba zostawić samochód i albo iśc dalej na nogach, albo liczyć na naszą łaskę i wywiezienie na górę samochodem 4x4 - to odwiedza nas ktoś codziennie :) a czasem i po kilkoro gości mamy :) Pomimo tego, że niektórych najpierw musimy wyciągać z rowów ;) Jakoś nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek nas odwiedzał jak mieszkaliśmy w Warszawie - pomimo tego, że na tych samych 100 metrach kwadratowych podstawy naszego bloku mieszkało jakieś milion osób.
Tu to jakieś takie normalne jest. Codziennie jemy razem posiłki - jak ktoś przyjdzie to się przysiada, w południe pijemy nalewkę i to jest takie naturalne, takie bez wysilania się, bez "grania". Takie po prostu.
W ostatnim poście napomknęłam, że na pewno łatwiej się żyje na odludziu, jak się ma internet ;) Kolejnym punktem, na pewno jest to, że na "naszym" odludziu stoją dwa domy obok siebie. Nasz, i dom moich rodziców:) na który można zerknąć pod www.osrodek-pieklo.dorsum.pl .Na stronie też znajdziecie wytłumaczenie, co robimy w czasie ferii i wakacji ;)



Mam wrażenie, że moje wpisy są strasznie chaotyczne, ale do przekazania tak dużo, a czasu tak mało...
O i właśnie się Kryska zaczyna wiercić...ech
No to pokazuję, co wyszło w tym tygodniu i lecę - oczywiście do maszyny.

Sukienka - tunika, czasem mam ochotę uszyć coś małego, a czasem coś dużego :) Nie wiem od czego to zależy :)



No i pościel Małej, z "przybornikiem" który jest krzywy i brzydki, ale już się tak chciałam to skończyc, ze się nie starałam zbytnio ;) Jak szyję "dla siebie" to jakoś mniej się przykładam ;)





Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za odwiedziny. A jakby ktoś był w okolicy to zapraszam na pogaduchy niewirtualne!
Zu


A na koniec jeszcze, chciałam się z Wami podzielić myślą, która chodzi mi ostatnio po głowie. Otóż cały czas zastanawiam się, " skąd mi się wzięło to szycie"? Nagle po prostu mnie tak jakoś "natchło":)?
I może to naiwne, ale pomyślałam, że wiem chyba już skąd mi się to wzięło.
Mojego męża mama zmarła dawno - ponad 20 lat temu. Nie miałam szansy Jej poznać. Ale właśnie Ona - babcia Krysia - szyła. Była po szkole krawieckiej i wieczorami stawiała maszynę w kuchni i "jechała" jak to mawia mój mąż. Szyła stroje na bale córkom sąsiadek, skracała, przerabiała cudowała :)
I to właśnie ona, zsyła mi z góry ten dar :) Podpowiada i pomaga. Wiem to! Czuję!
Szkoda, że nie możemy usiąść razem..